czwartek, 19 lutego 2026

Serwis zaserwował w serwerowni ser na serwetce.

 

Chrzęszczący pod nogami śnieg świadczył o ujemnych temperaturach i termometr był niepotrzebny. Archeopan zerkał na mnie podejrzliwie, czy wsiądę w nie-swój/nasz autobus. Wsiadam. Po co ryzykować, że nasz nie przyjedzie. W środku szesnaście stopni, za to na plusie i pani, która dziś włożyła całe dżinsy. W tramwaju jeszcze zimniej. Z braku lepszych pomysłów zaczynam bawić się słowami. Znajduję Środę Popielcową, Tłusty Czwartek, Czarny Piątek, Wielką Sobotę, Palmową Niedzielę i Lany Poniedziałek. A Wtorek? Taki bezpański mi się ostał. W sam raz do przytułku dla niechcianych dni.


Zerkam przez okno na przystanek, a tam połowa oczekujących, to kanary. Wysiada kobieta z kubkiem kawy i drepce za taką, która niesie dwa kubki. Eskalacja. Zerkam, czy przodem zjadę kolejną z większą liczbą kubków. Ciąg arytmetyczny, albo nawet geometryczny mi się zamarzył. Nic z tego. Przodem to tylko wiatr otrząsa szadź z żywopłotów. Nawet kloszardzi rozmyli się w mroku i wtopili w niebyt.


Wracam. Usiłuje dosiąść się do mnie starsza pani o krótkich nóżkach. Żeby osiągnąć sukces, wspina się a cała kiść rozmaitych siateczek przewija się jej po przedramionach, zanim osiągnie szczyt i klapnie. Kawałek dalej siedzi pani z policzkami przypominającymi policzki buldoga, co nie przeszkadza jej wzbudzać sympatię.

Wirtuoz.

 

Płodność była jego jedynym talentem. Wystarczył cień szansy, by rozmnażał się beztrosko z zapałem godnym prawiczka. Spuścizna, w jego przypadku była wręcz przewidywalną dosłownością, a liczne egzemplarze jego manualnej (powiedzmy) twórczości wypełniały żłobki i przedszkola.

środa, 18 lutego 2026

W trawie trwa trwała tragedia tragarza.

 

Na tle ośnieżonego osiedla kosy straciły swój kamuflaż, więc fruwają ostrożniej i nie śmieją się z przechodniów. Tylko dzieciarnia obwieszcza radość i obrzuca się niemiłosiernie mokrym śniegiem.


W autobusie trafiam panią która mimo zimowego wystroju występuje w dżinsach spłowiałych niemal do białości i z olbrzymią dziurą na kolanie. Dałoby się przez nią przeprowadzić operację łąkotki bez ich zdejmowania, chyba, że potrzebny byłby też cewnik. Na przejściu dla piechoty, nie odrywając stóp od podłoża tańczy długowłosa, obok wędruje pani z panem, a klatkę piersiową ma zdecydowanie piękniej rozbudowaną, co widać mimo deformujących sylwetki grubych kurtek.


Za oknem dostrzegam pojazd jawnie oznaczony drukowanymi literami NOL – czyli polskie UFO. Niezidentyfikowany obiekt latający zacumował skromnie w bramie przechodniej. Dostawczak, więc pewnie przywiózł Ufokom paszę, a może i listy od rodzin. NA sklepowej wystawie siedzą Pinokio ojciec i syn. Gapią się na ludzi, a ich nosy wyglądają jak monstrualne papierosy ćmione beztrosko za szybą chroniącą przed wilgocią.


    Pierwsze w tym roku bazie – od kotków aż gęsto, choć drzewo przycięte solidnie, żeby nie stresować biegnących do szkoły (czy może raczej wybiegających z niej) dzieciaczków. W autobusie pani rozbudowana z rozmachem musiała się natrudzić, żeby całe to cielesne bogactwo zmieścić w leginsach, ale warto było się trudzić. Każdy krzywik umarłby z zazdrości widząc ilość fragmentów krzywych wyższych rzędów, jakie pani potrafi perfekcyjnie naśladować, udając, że przygląda się wiśniowym pazurkom naostrzonym, jakby zamierzała nimi preparować siekane kotlety.

wtorek, 17 lutego 2026

Erotoman maniacko rotuje, by uroda urodziła.

 

Żeby nie wpadać w rutynę wsiadam w nie-swój autobus. Z ciekawości, jak w Miasto wjadę. Podobnie jak pan, tylko odrobinę niższy od swojej wybranki. Poza tym, wokół obcy i osiemnaście stopni „na pokładzie”. Śnieg pracowicie sypiący od wczoraj nie do końca czystą bielą okrył okolicę, zmuszając pługi i piaskarki do pracy na nocną zmianę, by wydobyć czerń chodników i jezdni. Autobus jedzie szybko, nie zatrzymując się na większości przystanków, dzięki czemu łapię przesiadkę bezkonfliktowo, wpadając w czasową dziurę między stadami kanarów zarabiających na utrzymanie w centrum Miasta.


Podziwiam okularnicę w czapce-muchomorku pijącą kawę z papierowego kubka i panią o okrąglutkiej pupie z obrzydzeniem weryfikującą miejsce siedzące, godne jej posiadłości. Jakiś szczur inteligentnie usiłuje wykorzystać sygnalizację świetlną, by przejść na pasach, wyczekując właściwej chwili. A Nóżkę zaskakuję przed pierwszym z jego punktu widzenia salonem sukien ślubnych, ba! Baristka jeszcze nie tańczy z krzesełkami w objęciach, więc zdecydowanie przed czasem dziś ląduję w codziennościach.


    Wracając podziwiam długowłosą panią, której towarzyszy brodacz. Pani odgradza się od niego naprawdę kolczastym kaktusem, więc pewnie nieźle nabroił, choć siatę z Biedronki dźwiga dość dobrze wypchaną. Obok stoi dryblas zabiedzony bardzo, za to na rękach ma taką masę pierścieni, że porządny kastet nie powstydziłby się ilości materiału.

poniedziałek, 16 lutego 2026

Krusz ganek i krużganek.

 

Chłop odprowadzał (jak zwykle) swoją Panią do autobusu i machał jej ręką, jakby wyjeżdżała na podbój Syberii. Kiedy odjechała, spokojnie poszedł sobie – pewnie po bułki do piekarni. Młody, lecz bez wątpienia ślepy facet stojący na przejściu dla pieszych nie zauważył autobusu – rozejrzał się i kiedy się upewnił, że nadjeżdża, wbiegł na jezdnię. Samobójca? Na ścieżce rowerowej zdychała hulajnoga żałośnie mrugając diodowym okiem. Kloszard z wysiłkiem popychał swojego TIRA zbudowanego z dziecięcego wózka. Objuczył go taką ilością worów, że sprzęt schował się pod nimi całkiem. A przecież łowy dopiero się rozpoczęły.


Nad bulwarami niebo patrolują kormorany i gawrony zgromadzone tak licznie, że zabrakło im czubków drzew i muszą przysiadać na dzwonnicach i świątynnych instalacjach odgromowych.

niedziela, 15 lutego 2026

Ekstrakt o świecie dwóch prędkości cz.39

 

    Mawiają, że zwycięskie wojska piszą historię. Zwycięskie, najczęściej oznacza najgorsze, najbardziej brutalne i podłe, sięgające po rozwiązania, o których ci z resztkami sumienia nie śmieli nawet pomyśleć. Dziś walczymy słowami, na platformach politycznych i kogóż tam mamy, bo zapewne same anioły?

Spieczona pieczarka z pieca w pieczarze.

 

    Zewnętrze ponure, jakby właśnie szło za trumną kogoś bliskiego i to pod wiatr. Piach, hojnie sypany w czas śniegów na szlaki wiodące do poszczególnych klatek reguluje ruch osiedlowy. Tylko dzieci i psy potrafią zmienić tor ruchu i wydostać się z tych szczególnych kolein. Opustoszały plac zabaw wydaje się być strefą zakazaną, zamkniętą dla użytkowników, choć trudno uwierzyć, że nagle wszystkie pisklęta dorosły – to byłby materiał na niezły horror. Z wrażenia wiatr wstrzymał oddech i nie rozsiewa obiadowych aromatów zarażając balkon za balkonem niedzielnymi smakołykami.

piątek, 13 lutego 2026

Ekstrakt o świecie dwóch prędkości cz.38

 

    Susza hydrologiczna, to fakt, który doskwiera nam niemal każdej wiosny, a zasoby wody pitnej w Polsce są dramatycznie małe. Jednocześnie Państwo każe płacić ludziom podatek od deszczu spływającego z ich dachów.


    A nie powinno im raczej dopłacać, że oddają słodką wodę?

czwartek, 12 lutego 2026

Orędzie – narzędzie do orania?

 

    Wysłany po obowiązkowe dziś rozpustne pączki grzecznie staję w kolejce. Niewielkiej, bo wyszedłem, gdy tylko pierwsze kuchnie zapłonęły prostokątami świateł. Istota w rozpiętej kurtce była płciowo ukryta tak doskonale, że choć patrzyłem i słuchałem zamówienia, nie byłem w stanie zdecydować się na wybór płci. To przerażające. Podający rozpustę szef piekarni też konwersował z istotą w sposób płciowo obojętny, nie dając podstaw do osadzenia jej w konkretnej płci i zapewne także odczuwał lekki niepokój – jak zwracać się do takiego Karampuka, żeby niechcący go nie urazić?


    Sroki sprawdzają, czy osiedle wciąż funkcjonuje prawidłowo i wszystko jest na swoim miejscu. Psy, jak to psy, raczej wszystko olewają. Odwilż sprawia, że okolica cuchnie. Tak po prostu. Ludzkością. Cywilizacją. Na pewno nie naturą. W tajemniczym świetle przedświtu kolory są bardziej intensywne, nasycone jak gąbka po deszczu. Lada chwila minie ów magiczny czas i znów kolory ostygną i poszarzeją.


    Zabawka na dziś:

    Ul – mąż Uli, Laur – mąż Laury, Wieś – mąż Wiesi, Bas – mąż Basi, Róż – mąż Róży, Lis – mąż Lisy, Kali - mąż Kaliny.

środa, 11 lutego 2026

Szyb bez szyb i za słona zasłona.

 

    Zanim dzień położy swoje łapska na okolicy, świat wydaje się być miejscem niemal tak cichym, jak kosmos. Zaledwie w kilku sypialniach coś się dzieje - ktoś cierpi na bezsenność i zlicza pogłowie merynosów, inny szlocha nad miłością, która zapomniała jego adresu. Jakieś światło zawstydzone własną odwagą wycina w nicości zimny prostokąt, przez który wypaść można do równoległych rzeczywistości. Latarnie-spławiki taplają się w nieskończonościach zewnętrza i szukają bezpiecznych brzegów. Zapewne gdzieś tam, w tej gęstwinie pełnej niczego i wszystkiego przedziera się emeryt-obrońca snu sprawiedliwych i patroluje, czy zły los nie szykuje większego draństwa na śpiących. Pochłonięty ideą, że może pomóc – zlicza kroki dzielące go od stróżówki. Strojny w kolorowe szkiełka samochód wyznaczył linię jezdni, bo chyba nie był aż tak zuchwały, by jechać najkrótszą drogą ku wylotowi osiedla. Samolot ryje bruzdę w ciszy i nikt nie dzwoni na policję, żeby go skarciła za naruszenie spokoju publicznego.


    W taką noc można naprawdę poczuć, jak bardzo jest się niepotrzebnym światu, który poradzi sobie doskonale, nawet gdy dzień nie będzie miał kogo obudzić.