piątek, 2 stycznia 2026

Prasówka cd.

 

wyłącznie z oficjalnych wieści opublikowanych jednego dnia na WP

1. Szczyt w Kijowie

    Jutro mają się spotkać. Ważni tego świata, a przynajmniej ważni w Europie (Usaki z nieufności pojawią się on-line). Doradcy do spraw bezpieczeństwa z piętnastu krajów. Dziwne. Ponoć strrrraszna wojna, eskalacja agresji, barbarzyńskie ataki na stolicę... Tymczasem do Gazy nie pcha się nikt, a do Kijowa? Proszę bardzo!


2. Deportacje

    Na 266 deportacji – ponad 200 to Ukraińcy, a (jak się okazało w czytaniu) dokładniej ukraińscy przestępcy. W artykule jeden Gruzin, jeden Rosjanin i jeden Uzbek, więc może ponad dwieście, stanowi nawet 263?


3. Kozacki „blef”

    „Ukraiński wywiad wojskowy (HUR) ujawnił, że doniesienia o śmierci Denisa Kapustina, dowódcy Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego (RDK), walczącego po stronie Ukrainy przeciwko Rosji, zostały celowo sfabrykowane. W ramach tej operacji ukraińskie służby przejęły 0,5 mln dolarów nagrody, którą Rosjanie wyznaczyli za jego zabicie.” - tak się walczy! Trzeba zarabiać i kaska od wroga nie śmierdzi wcale. Ciekawe, że nagroda była w dolarach, a nie w rublach. Widać barbarzyńcy własną walutę szanują bardziej od demokratycznej mamony zbawiającej tu i ówdzie ludzkość w imię żywotnych interesów właścicieli waluty.


4. Ukraina rozszerza pole manewrów.

    Atakuje na Morzu Śródziemnym. Ale owo śródziemie nie jest ziemią rosyjską… zapomnieli? Tankowiec „znajdował się w pobliżu Libii” – kiedyś znaczyłoby to zapewne, że na wodach przybrzeżnych, ale kto by tam wnikał… ważne, że atakowali słuszni niesłusznych, a gdzie, to już nieistotna bajka.


5. Prokuratura

    Zajmuje się obecnie mową nienawiści – dotyczy to tych, co źle mówią o naszych nowych braciach, choćby mieli rację i powtarzali oficjalne dane. Problem jest palący, bo doniesień o niegodziwościach coraz więcej i coraz trudniej tuszować i ukrywać narodowość sprawców. Szczególnie, kiedy demagogia powtarza najnowszą mantrę – owszem, sprawcą był Kozak, ale działający na zlecenie Putina. I gdy tak dokładniej poczytać artykuły prasowe, to „wątek rosyjski” pojawia się zawsze, gdy sprawcami i prowokatorami są obywatele ukraińscy, lub tacy, co zdążyli już wyłudzić obywatelstwo polskie, żeby trudniej było ich deportować na wschód.


6. Jak zwykle ekonomia wojenna wygrywa.

    Kozacki wódz do spraw wojny powiedział, że liczba rosyjskich dronów na froncie się podwoiła. Jednocześnie Zjednoczony Zachód uparcie twierdzi, że rosyjska gospodarka właśnie upadła dzięki sankcjom i solidarności zachodu, a tu taki dziwoląg – upadli produkują w nieskończoność, a zwycięzcy zdychają i żebrzą o wsparcie. Coś mi nie gra w przekazie. Na dodatek, jak twierdzą Kozacy, ich drony o podobnej do rosyjskich jakości są dwukrotnie droższe. Dlatego potrzebują, żeby UE i USA sponsorowały tę ich niekończącą się niefrasobliwość. Wystarczyło nie drażnić niedźwiedzia, a nie słuchać podszeptów Brytoli i Usaków, że miłość po grób – oni zawsze w grobach widzą tych, z którymi się układają. Dlatego Kozacy prowadzą obecnie „ranking dronifikacji” Najnowszy pomysł, żeby ukraść rosyjskie pieniądze z europejskich banków nie udał się, bo zaprotestowali Belgowie, Włosi i tradycyjnie już Słowacy i Węgrzy. Więc „pożyczka” 90 miliardów pod zastaw ruskich pieniędzy zablokowanych „trwale” i przewidzianych przez UE jako „reparacje wojenne”, jakie podobno wypłaci Rosja Ukrainie po skończonej wojnie. Naprawdę ktoś w to wierzy? Gierkowi do dziś wypomina się 24 miliardy, za jakie budował polski przemysł i drogi.


7. Celowo do celu.

    Rosja uderzyła. Nawet w Nowy Rok. I całe dwieście dronów zdradziecko uderzyło w zaledwie siedem obwodów, czyli matematycznie po niecałe trzydzieści na obwód większy od naszych województw. Za to jak Kozacy wpadli na zuchwały plan zbombardowania siedziby Putina, gdzie go nie mieszka od czterech lat, to wysłali trzysta bezzałogowców na jedną nieruchomość. I teraz się skarżą, że trzydzieści poleciało na „obwód”? Chwalą się, że posyłają drony na elektrownie w głębi Rosji, że niszczą ruskie tankowce na całym świecie, a dziwią się, że dostają to samo? Kto sieje wiatr, zbiera burzę – na pewno znają to powiedzenie.


    Nie chce mi się dalej czytać podobnych bredni. Fakty powinny być nagie, a nie odziane w strój demagogii i zapotrzebowania politycznego.

Bezradność.

 

    Z niewinnym uśmiechem zapytał, czy chciałabym, żeby mnie namalował. Drań! Wiedział, że będę chciała. Każda chciała, póki była młoda i piękna. Mimo nastu lat wzrok miałam dobry i widziałam ile wysiłku kosztowało mamę, żeby ojciec wciąż się nią zachwycał. Malarz pokazał dłonią drogę i już wspinałam się na schody, a on szedł za mną z tym swoim uśmieszkiem, który wtedy wydawał się emanować spokojem, może dumą, ale na pewno nie wyrachowaniem. Kiedy weszliśmy na poddasze, zamknął drzwi i bez słowa zabrał się za poszukiwanie płótna. Znalazł szybko i ułożył je na sztalugach. Dopiero wtedy zerknął na mnie i nie zmieniając uśmiechu zapytał, czemu jeszcze się nie rozbieram. Mało nie spłonęłam ze wstydu. Ja? Bez ubrania? Co on sobie myślał, o ile w ogóle myśleć potrafił! Podszedł do mnie i jednym palcem uniósł mi brodę, a potem wyjawił brutalną prawdę - każda chce, żeby ją malować, choć mało która ma pieniądze, bo obraz tani nie jest. Więc w ubraniach maluje tylko te, które sowicie zapłacą. Reszta musi się rozebrać. Reszta, czyli ja… Boże! Gdybym wiedziała wcześniej, w życiu nie wspięłabym się na te schody. A teraz?


    Pomieszczenie było spore, ale kompletnie zagracone. Wszędzie walały się farby, pędzle, palety z zaschniętą zawartością, fotel na biegunach zdawał się wyczekiwać aż ktoś zechce się pobujać, jakaś niezbyt zachęcająca kanapa okryła się niezbyt czystym kocem, kredens na którym zamiast kwiatów stała kiść pędzli w słoiku po ogórkach zdawał się być w ogóle mną niezainteresowany.


    - Nikt tu nam nie będzie przeszkadzał – szeptał rozpinając mi haftki bluzki. Kusił jak sam diabeł. Zanim zdołałam słowo wydobyć, a już trzymał w dłoniach moje piersi. Nie wiem, co z nimi zrobił, ale stały się ciężkie i szukały tych jego łapsk. Wielkich, twardych i najwyraźniej znających już jedwab młodej skóry na wylot. Brodawki pociemniały, urosły i za chwilę gotowe eksplodować, gdy bawił się nimi chwaląc ich urodę. Potem jednym ruchem rozwiązał pasek spódnicy, która nie pytając mnie o zdanie uciekła na podłogę. Zachłysnęłam się powietrzem, jak topielec, a on już wsuwał mi dłoń w bieliznę. To także robił z obłędną wprawą. Policzki mi płonęły, a raczej płonęłam caluśka, od czubków palców aż po kraniec włosów. Niemal zemdlałam pod wpływem emocji. Klapsem na gołą pupę sprowadził moje zmysły na miejsce, po czym wyjął mnie z majtek, ustawił przed sztalugą i zaczął szkicowanie.


    Długo trwało, a jego wzrok kompletnie pozbawiony chuci zdejmował z mojego ciała proporcje i przenosił je na płótno. Wstyd się przyznać, ale myślami wróciłam do chwili, kiedy mnie rozbierał. Było przyjemnie. Nigdy dotąd aż tak nie było, nawet, kiedy szłyśmy z mamą same nad staw, czy na lody. I Mikołaj z pełnym workiem prezentów nie dostarczał mi tyle radości. Piersi znów zaczęły uwierać, tężeć, a pod brzuchem rozszalało się tornado. Nie widział. Chyba. Albo widział, lecz udawał lepiej od manekina, że nie jest zainteresowany. Świnia! Myśli plątały się we mnie i żadnej logiki w nich nie dało się odnaleźć. Zaprzeczałam sama sobie, jednak pragnęłam tych łapsk i nienawidziłam ich jednocześnie. Wreszcie odłożył ołówek i podszedł do mnie. Pochylił się i podniósł z podłogi mój strój.


    - Ubierz się, nie ma sensu marznąć na darmo. Przyjdź jutro, po obiedzie, dokończymy szkic. Tylko nie zapomnij, bo jak się spóźnisz, światła będzie za mało. A chyba nie chcesz, żebym coś przegapił?


    Nie mogłam zasnąć z emocji. Pod kołdrą moje dłonie odtwarzały ścieżki, którymi podążał malarz, ale daleko im było do jego biegłości. Zwyczajnie nie potrafiłam prowadzić ręki ścieżką do euforii, jaką mi zafundował. Nie znałam własnego ciała i nie wiedziałam, jak na nim zagrać. Wpatrzona w ciemność za oknem snułam fantasmagorie, a każda stawała się coraz zuchwalsza. Świt mnie uwolnił od niespełnień. Masa roboty w obejściu pozwoliła ostygnąć ciału. Tuż po obiedzie byłam już gotowa. Ukradkiem zniknęłam z oczu rodzinie i pognałam po schodach do mansardy. Malarz uśmiechnął się na mój widok i jak wczoraj zamknął drzwi.


    - W ostatniej chwili – mruknął, stawiając mnie tak, by światło dzienne objęło mnie całą. Stanął za mną i znów pozwolił dłoniom na eksplorację mojego ciała. Piersi już na niego czekały. Zdradziły mnie i zignorowały. Wtuliły się w te ręce i nie zamierzały wyjść. Dopiero, kiedy te szorstkie łapska zaczęły zsuwać się po brzuchu zrozumiały, że muszą się podzielić z resztą ciała. Nie wiem kiedy zanurzył się w futerko intymności, ale ledwie to zrobił, a rozchyliłam uda. Sama. Zapachniało piżmem. Kiedy wyjął rękę spomiędzy ud, była lepka od moich soków.


    - Przepraszam, ja nie chciałam – szepnęłam wstydząc się za własne ciało, a on śmiał się ze mnie. Popchnął mnie na fotel. Ledwie weń wpadłam rozchylił mi nogi i zanurzył twarz. Boże! Wczoraj sądziłam że stracę rozum, ale dzisiejsze wrażenia przeszły wszystko, co nocą zdołałam wymyślić. Jego język… Krzyczałam, mocno trzymając go za włosy, żeby nie przestawał. Potem rozum wziął sobie wolne i straciłam kontakt z rzeczywistością. Niby widziałam, jak jego spodnie zsuwają się na podłogę, niby bałam się, że mnie zgniecie, kiedy kładł się na mnie, potem krótki, ostry ból, który błyskawicznie zaleczył wrzącym mleczem. Krzyczałam bez końca, choć on już siedział obok i przyglądał się mojej nagości. Przestałam być dzieckiem. Obudził we mnie kobietę. Młodziutką, piętnastoletnią, ale kobietę. Stygłam powoli i niechętnie. Zdaje się, że usiłowałam nakłonić go, by jego ręce raz jeszcze poszukały w moim ciele ekstazy, ale roześmiał się tylko i kazał wstać. W okamgnieniu poprawił szkic i zaczął mieszać farby.


    Płótno zamierzało nabrać trzeciego wymiaru, ze mną w centrum obrazu. Przynajmniej tak mówił, bo nigdy nie pozwolił mi zerknąć na powstające dzieło. Nim pozwolił mi okryć się zawsze zasłaniał obraz lnianą szmatką. Dni mijały w tym samym rytmie. Bezsenne noce, pracowite poranki, popołudnia pełne emocji zakończone pozowaniem. Nie opuściłam ani dnia, żeby nie stracił weny, a przynajmniej tak tłumaczyłam głupiutkiemu ciału, które otworzyło się na pieszczoty i wiecznie było mu mało. Malarz miał więcej rozsądku, może z racji wieku. Prace posuwały się i musiał nadejść dzień, kiedy pozwolił mi się ubrać mówiąc, że skończył. Tak bardzo chciałam zobaczyć efekt jego wysiłków, że poszłam nago, nie sięgając po szmatki z podłogi. Pełna plątaniny uczuć, zbliżałam się do sztalugi, gdy jakiś niezwykły rumor usztywnił moje mięśnie.


    Do mansardy, razem z drzwiami wpadł ojciec. Wystarczyło, że zobaczył mnie rozebraną, by ryknął, zacisnął pięści i ruszył na malarza z furią zaatakowanej lochy. Stałam na drodze, więc odepchnął mnie i upadłam, głową trafiając na glinianą donicę. Zanim krzyknęłam – życie ze mnie wyciekło. Malarz obserwował zimno, niczym marmurowy posąg greckiego boga i spokojem starał się zrównoważyć wściekłość ojca. Dostał pięścią w twarz i upadł. Nie wstając z podłogi wskazał mnie palcem, a absurdalność tego działania skłoniła ojca, by zerknąć we wskazane miejsce. Ojciec ryknął ponownie i cała energia z niego spłynęła, jakby ktoś ją wyssał jednym haustem. Szedł na kolanach w moją stronę zapominając o malarzu. Łzy lały mu się po policzkach niemal strumieniami. Pierwszy raz widziałam jak ojciec płacze. Chciałam go pocieszyć, ale nie słyszał mnie wcale.


    Potem było jeszcze gorzej. Ojciec raz obwiniał malarza, innym razem siebie. Zaczął pić i nie znał w tym umiaru. Mama przyszła do malarza raz. Jeden, jedyny. Przyszła, bez słowa okryła obraz lnem i zabrała, nie pytając czy może. Czyżby wiedziała, że obraz nagiej dziewczyny nie kosztuje ni grosza? Skąd? Malarz był w jej wieku, ale mama? Naprawdę? Warknęła na odchodne, że malarz ma zmienić plener na możliwie odległy i poszła. Niosąc mnie pod pachą. Mnie… Namalowaną, ale przecież… Nie zdążyłam obejrzeć dzieła, a teraz moje zmysły zostały uwięzione w ramach, gdy ciało po krótkiej ceremonii rodzina oddała ziemi.


    Mama ukryła obraz w skrzyni, wcześniej zawierającej jej posag, gdy wychodziła za mąż. Teraz, posagowe dobra wykorzystywała w gospodarstwie, w skrzyni trzymając pamiątki rodzinne. Nikt prócz niej nie miał prawa tam zaglądać. Schowała mnie w najbezpieczniejsze miejsce, jakie znała i zaglądała tylko wtedy, kiedy nikt nie widział. Za to ja… W skrzyni był jeszcze jeden obraz. I też ze śliczną, nagą dziewczyną, w której z niedowierzaniem rozpoznałam mamę. Więc to tak! Znała „cennik” malarza! Patrzyłam z obrazu na mamę sprzed lat i zastanawiałam się, kto jest moim ojcem. Malarz, czy tatuś? Nie potrafiłam zadać mamie tego pytania, a ona do śmierci omijała temat drugiego obrazu w skrzyni. Gdy umarła (płakałam) świat o mnie zapomniał na wiele lat. Sama nie wiem, jak bardzo. Obraz mamy nie ożył. Starzał się martwo, bez przejawów maminej energii życiowej. Ja trwałam w rozgoryczeniu, w ciemnościach zapewnionych przez szczelne wieko. Czas płynął własnym rytmem i nijak nie chciał zrobić nic, by nas uwolnić spod wieka.


    Niewole, podobnie jak życie, muszą mieć kres. Wieko drgnęło, gdy czas się wypełnił. Byłyśmy wolne. A przynajmniej ja. Mama najwyraźniej umarła ziemskim życiem. Może malarz nie tchnął w jej obraz ducha, może wtedy jeszcze się uczył i niedoskonale ją odwzorował? A może po prostu mama go nie kochała i on to czuł, więc efekt nie była równie fascynujący, co w moim przypadku? Cały sztab konserwatorów, znawców, koneserów i bóg wie kogo jeszcze debatował nad nami, rozłożonymi na stołach wyściełanych aksamitem, jak ekskluzywne dziwki, czy japońskie dziewki, z których ciał wyrafinowani goście zjadają kolację. Pędzelkami, wacikami, całą masą sprzętu pielęgnowali nas, by w końcu zakuć w dyby ram i powiesić w zimnych, klimatyzowanych salach. Ponoć w zimnym obraz mniej koroduje, za to moje ciało było wiecznie niedogrzane, aż mi sutki sterczały, co irytowało mnie niesamowicie. Przyłazili różni i oglądali, a ja, nie dość, że goła, to jeszcze ze sterczącymi brodawkami. Nie wierzyłam, że malarz mógł mnie widzieć taką, a jeśli nawet widział, to że miał kaprys podzielić się tą intymnością ze światem. Musiała to być wina klimatyzacji. Raz jeden i to przez chwilę zobaczyłam swoje odbicie w zwierciadle. Postarał się Namalował mnie najpiękniejszą, jaką być mogłam. Na pewno piękniejszą od mojej mamy, która patrzyła szklistym wzrokiem na ścianę wisząc tuż obok.


    Wisiałyśmy obie. Ona martwa, ja zmarznięta. Przychodziły obce kobiety taksujące nas wzrokiem i wiedziałam, które zazdroszczą, które zamierzają wziąć przykład i odważyć się na to, na co ja się odważyłam. Podobno dziś nie trzeba aż takich wyrzeczeń, że zamiast farb można „pstryknąć fotkę”, co zabiera mniej czasu i szansa na ujście z życiem rośnie. Ba! Podobno można tę fotkę pstryknąć samej sobie! Znikome ryzyko, a efekt jest. No właśnie – podobno. Tymczasem wisiałyśmy z mamą w kajdanach ram i nie sposób było nie zauważyć, że młodziankom sztywnieje w kroku, gdy nas oglądają. Nieliczni woleli mamę, generalnie jednak wybierali mnie. Może podświadomość wykorzystywała instynkty, które potrafiły rozpoznać tlące się życie, by na nim skupić prokreacyjne westchnienia?


    Z czasem stawałam się cyniczna, może nawet arogancka i wulgarna. Ale każdego to czeka. Nie wierzysz? Dobrze! Wolno ci! A teraz posłuchaj. Wiszę na tej ścianie od lat, niewiele krócej, niż mieszkałam w zamkniętej skrzyni. I co? Żyłam zaledwie piętnaści lat, gdy tatuś mnie zabił. Niechcący, w nerwach, ale fakt nie daje się wymazać słowami. On mnie zabił. A malarz? Uciekł, jak tchórz, gdy tylko mama zabrała mnie wprost ze sztalugi. Żaden odwagi nie miał się przyznać, że zabili mnie, bo byłam piękna. Obaj dali mi życie i obaj je odebrali. A teraz, syn nocnej portierki, pewnie klika dni młodszy niż ja-wtedy, przychodzi do mnie, bezwstydnie zsuwa spodenki i patrząc na mnie onanizuje się. Tej nocy przeszedł samego siebie – przyciągnął do ściany ławkę, wdrapał się na nią i całą spryskał mnie wrzącym nasieniem…


    - Mamo! - krzyczeć szeptem umiałam, bo każda kobieta to potrafi – a jak stanę się brzemienną – pomóż mi, mamo!

czwartek, 1 stycznia 2026

Nietypowo.

 

    W osiem lat popełniłem 3426 wpisów, obejrzanych przez 460.000 często skromnie ukrywających skłonności czytelnicze gości. Podejrzewam, a z wiekiem podejrzliwość rośnie, że część z tej liczby to niezdrowa ciekawość SI – bo przecież nie bardzo to możliwe, żeby przyrost gości nastąpił aż tak wielki – siedem kolejnych lat na poziomie ok. 50.000 rocznie, a w zeszłym roku ok. 115.000. A przecież nic się nie zmieniło. Pisałem obrazki i opowiadania, czasem setki, ekstrakty, czy spontaniczne prasówki. Żadnych gołych tyłków i zapomnianych biustonoszy, żadnego szlachtowania, czy potyczek z wielkimi tego świata zakończonych efektownym sukcesem, czy druzgocącą porażką. Czyli pewnie przyszła ku mnie zwiedzona złowieszczym tytułem Sztuczna Pani, a może jakieś inne narzędzie administracyjne, chcąc rozważyć, czy mój moralny kompas tudzież słownictwo nie rokuje nadziei na trwałe zbanowanie strony, względnie jakiś zapuszczony badacz opinii publicznej zbierał materiały do magisterki, czy coś jeszcze mniej prawdopodobnego.


    Nieistotne. Wszystkim, którzy rozkoszują się ciałem i umysłem ożywionym życzę, aby ten rok był choć trochę lepszym od poprzedniego. Żeby nie wyjść na skąpca – to życzę Wam zgoła, żeby ten rok był zwyczajnie dobrym, co jest paradoksalnie lepszym życzeniem, niż życzenie, żeby coś było lepsze, gdyż lepsze nie jest tak dobre jak dobre, choć to wg zasad języka stopień wyższy.


    Tym, co nie zaginęli w dygresjach – niech się darzy, wieją tylko przychylne wiatry, a los sprzyja, jakby był pasożytem żerującym na szczęściu nosiciela, zainteresowanym, żeby stół był zawsze pełen wyszukanych potraw.


    A tym, którzy jeszcze nie wiedzą, czego chcą – życzę po prostu – NIECH!

Renifery Renaty pływają po Renie.

 

    Gdy tylko natura zorientowała się, że rok się kończy, zrobiła przegląd zasobów i okazało się, że ma na stanie niewykorzystane śniegi! Więc poszło. Z góry najpierw wąskim ciurkiem, potem nieco śmielej, aż z chałup zaczęły wychodzić dzieciaki i brodzić w białozaspach. Zaspy małe, ale i dzieciaczki nie za wielkie, więc frajda i śmiech. Z tego wszystkiego noc nadeszła nieco rozmleczona, mglista, nie za czarna. Tubylcy (zapewne do spółki z obcymi) postanowili wzmocnić się niekoniecznie farmakologicznie, po czym, gdy już husarska krew w żyłach zagrała, wyszli na klatki schodowe poryczeć hasła noworoczne z życzeniami dla wszystkich i nikogo. Rozstrzelane fajerwerkami niebo pociło się, żeby kolory zmieścić i nie pomieszać, psom i kotom pewnie zaczęła doskwierać schizofrenia, niektórym senność zaburzyła, ale się udało przetrwać. Aż do rana. Bo rankiem cichość napadła świat i na całym osiedlu jakby śmierć przeszła, nikogo nie mijając. Pustynia. Najwyraźniej nawet psy zlały się w kojce, bo nie widać nikogo. Pewnie nie zdążyły nauczyć się otwierania drzwi, a dobudzić właściciela w śnie upojnym, to wielka sztuka.

środa, 31 grudnia 2025

Za dyszkę zadyszka.

 

    Chodnikiem pedałował starszy gość z wielkim worem – jak Grześ przez wieś. Szedł i sypał solą suche chodniki. Albo święty harmonogram mu kazał, albo z ostrożności, żeby go zima nie zaskoczyła, więc skoro zapowiedziano gołoledź, to sypie wyprzedzająco. Już-Nie-Ruda Kobra patrzy beznamiętnie i na zewnętrze i na mamusię z córeczką. Wczoraj, dla wzmożenia wesołości bodły się głowami zaśmiewając się przy tym, a dziś prowadzą „poważne” rozmowy.


    Mnie wciąż trzyma usłyszana w radio wiadomość, że ubiegłej nocy na terenie trzech województw doszło do ponad tysiąca podpaleń obiektów mieszkalnych – nie pożarów, a podpaleń! I nie umiem wyzbyć się postawienia znaku równości względem jawnej groźby kozackiej influencerki, która po otrzymaniu polskiego obywatelstwa (żeby nie dało się jej deportować) ostrzegała, że nas spalą, gdy tylko nasza hojność i gościnność osłabnie.


    I jeszcze - Pierwszy Pośród Usaków obiecał wg WP, że pomoże Izraelowi „bronić się” przed Iranem, z którym tenże nie graniczy, ale strach czuje taki, że nawet napletków rzezać nie trzeba, bo sam odpada. Czekam w napięciu, kiedy zacznie im pomagać „bronić się” przed Europą – nigdy nie wiadomo, kogo jeszcze się przestraszą i dlaczego.

wtorek, 30 grudnia 2025

Czy gołębie mają głębię.


    Wielka Niedźwiedzica pochyliła łeb nad Rzeką podświetloną całą tyralierą lamp wydobywających z gęstwiny mroku tłustą od chłodu wodę kłębiącą się niechętnie na podwodnych muldach i przeszkodach. Najwyraźniej pić się jej zachciało, a z kałuż nie dała rady zaspokoić pragnienia, bo te zwyczajnie zamarzły. Grudniowo, typowo i stabilnie. Chrzęszcząc tłukłem małe, skostniałe lusterka, leżące gdzie popadnie, jak złogi w ciele. Nóżkę spotykam już poza salonami sukien ślubnych, ale to nie dlatego, żem taki rączy, tylko dziś on zaspał. Baristka zdążyła już zawłaszczyć stolikami teren przed kawiarnią, ale po co, to nie wiem. W autobusie mało nie przymarzłem do krzesełka, kierowca, najwyraźniej morsował na pętli i wystudził wnętrze do absurdu.


    Wracałem przy wesolutkich dźwiękach pobrzękujących, pustych butelek. W tramwaju zapachniało piwem, a dzwonnikiem okazał się kloszard. Zaskakująco dobrze radził sobie z językiem obcym – dla niego i dla mnie. Gdy tramwaj dogoniła Francuzka z małym chłopcem, radził sobie z konwersacją, i to z wzajemnością, choć żadne z nich nie znało słowa w nieswoim języku. Przed hotelem stanęła pulchna pani w czerwonej miniówie i zerkała do środka, dyskretnie (dla hotelowych gości) wydłubywała rajstopy pełne dziurawych wzorów z przedziałka. W zakładzie fryzjerskim leżące pod kontrolą mistrzów panie w tak zwanym międzyczasie realizowały się medialnie przeglądając nowinki w telefonie.

poniedziałek, 29 grudnia 2025

Śnieg w uliczce na śnieguliczce.

 

    Autobus niemal pusty, starych dobrych nieznajomych wywiało w nieznane, w tramwaju więcej „kanarów’ niż podróżnych. Mrok i wiatr. Tylko świąteczne ozdoby silą się na elektryczną wesołość mrugając kolorowymi światełkami. Szczęściem Nóżkę spotykam gdzie trzeba – między jednym, a drugim salonem sukien ślubnych. Ściga łanię długonogą w skórzanej minispódniczce wzorzysto-dziurawych rajstopach i futerku spiętym zziębniętymi dłońmi. Ktoś ją rozbierał zbyt energicznie i guziki urwał?


    Patrząc na Rzekę przypominam sobie reklamę „łódki Bols”, ale czemu, to już nie wiem. Mijam uśmiechnięte kobiety z pieprzykami na policzkach i cieleśnie rozbudowane istoty z wielkimi bukietami kwiatów. Może dziś jakieś wyjątkowe święto? Chyba jestem roztargniony, albo niedzisiejszy. Tyle wątpliwości...

niedziela, 28 grudnia 2025

Ekstrakt upadłościowy.

 

    Kpili, że jak zwykle go przerosło, a on tak bardzo chciał stanąć na wysokości zadania. Dzięki oślemu uporowi i nie tak bezinteresownemu wsparciu osobistego psychologa osiągnął niemożliwe. Wtedy dopiero okazało się, że jego psychoanalityk zapomniał najpierw rozprawić się z lękiem wysokości.

sobota, 27 grudnia 2025

Osąd sądu, że wielbłąd wiele błądzi, to błąd jak sądzę.

 

    Przez całą noc padał niewidzialny śnieg i starczyło go w sam raz, by wypełnić fugi osiedlowych puzzli. Nieco zaniepokojone kosy fruwały od drzewa do drzewa, kryjąc się w nierzednącym mroku. Nawet ochronie nie chciało się wyściubić uzbrojenia, żeby nie marzło nadaremnie. Na zewnątrz? Starszy pan karnie szedł do piekarni, po chleb z pieca (jakby inne były skądinąd), a tak dokładniej, to cztery chleby – dla gości, jako pamiątka z Miasta. Ulicami przemykają z podkulonymi ogonami puste autobusy. Nieco zziębnięte, świecące pustymi oknami, nawet psom odechciało się sikać i wolą dosypiać niedokończone sny.

wtorek, 23 grudnia 2025

Klepanie klepiska w sklepie.

    

    Spore stadko raniuszków swawoliło w dorodnej forsycji. Może plotkowały o kuchennym rejwachu, tętniącym życiem i aromatem świąt. Kierowca z wrażenia zatrzymał autobus po niewłaściwej stronie skrzyżowania i usiłował wypuścić pasażerów w zielone. „Dla sportu” przyglądam się mijanym brzozom, szukając czagi, lecz bez sukcesów. Pulchne dziewczę ufarbowało grzywkę na różowo, a brwi na blond. Jeśli to miało wesprzeć urodę, to raczej się nie udało. Na przystanku dostrzegam dziewczynę z plecakiem-pandą. Wspinała się na paluszki, by dosięgnąć pieszczotą chłopca. Tak bardzo się starała, aż jej pośladki wyszły spod spódniczki, choć wiatru nie było wcale – nawet strony gazety nie zdołał otworzyć na otwartym stoisku.


    Omotana grubym szalem kobieta ćwicz przeprosty kolanowe czekając na autobus. Zieleniejąca właśnie wierzba, gdy rok chyli się ku końcowi, to już gruba anomalia. Mijam ogrody działkowe, w których Najbardziej wybujały słupy sieci energetycznej, nasyp kolejowy, na którego skarpach stare drzewa uginają się pod monstrualnymi bombkami jemioły, pylony dźwigające most i dźwigi budujące osiedle z klocków – osiedle większe niż okoliczne miasteczka.


    Napis na murze Stop wycofaniu gotówki nastraja mnie optymistycznie – ktoś myśli podobnie do mnie. Od razu przypomina mi się koncepcja cyfrowych dowodów osobistych i ostrzeżenie, że mnie okradną i powinienem zastrzec pesel. Gdy ktoś targnął się na mój archiwalny, papierowy dowód osobisty i chciał z niego zrobić użytek ,z definicji był przestępcą, a teraz, jak ukradnie moje dane, to jest co najwyżej „administratorem”. Potem rozbawia mnie młoda niewiasta z opaska we włosach. Opaska ma rogi, a pani czerwony nosek, więc chyba udaje renifera i jest Rudolfiną.