Z niewinnym uśmiechem zapytał,
czy chciałabym, żeby mnie namalował. Drań! Wiedział, że będę
chciała. Każda chciała, póki była młoda i piękna. Mimo nastu
lat wzrok miałam dobry i widziałam ile wysiłku kosztowało mamę,
żeby ojciec wciąż się nią zachwycał. Malarz pokazał dłonią
drogę i już wspinałam się na schody, a on szedł za mną z tym
swoim uśmieszkiem, który wtedy wydawał się emanować spokojem,
może dumą, ale na pewno nie wyrachowaniem. Kiedy weszliśmy na
poddasze, zamknął drzwi i bez słowa zabrał się za poszukiwanie
płótna. Znalazł szybko i ułożył je na sztalugach. Dopiero wtedy
zerknął na mnie i nie zmieniając uśmiechu zapytał, czemu jeszcze
się nie rozbieram. Mało nie spłonęłam ze wstydu. Ja? Bez
ubrania? Co on sobie myślał, o ile w ogóle myśleć potrafił!
Podszedł do mnie i jednym palcem uniósł mi brodę, a potem wyjawił
brutalną prawdę - każda chce, żeby ją malować, choć mało
która ma pieniądze, bo obraz tani nie jest. Więc w ubraniach
maluje tylko te, które sowicie zapłacą. Reszta musi się rozebrać.
Reszta, czyli ja… Boże! Gdybym wiedziała wcześniej, w życiu nie
wspięłabym się na te schody. A teraz?
Pomieszczenie było spore, ale
kompletnie zagracone. Wszędzie walały się farby, pędzle, palety z
zaschniętą zawartością, fotel na biegunach zdawał się
wyczekiwać aż ktoś zechce się pobujać, jakaś niezbyt
zachęcająca kanapa okryła się niezbyt czystym kocem, kredens na
którym zamiast kwiatów stała kiść pędzli w słoiku po ogórkach
zdawał się być w ogóle mną niezainteresowany.
- Nikt tu nam nie będzie
przeszkadzał – szeptał rozpinając mi haftki bluzki. Kusił jak
sam diabeł. Zanim zdołałam słowo wydobyć, a już trzymał w
dłoniach moje piersi. Nie wiem, co z nimi zrobił, ale stały się
ciężkie i szukały tych jego łapsk. Wielkich, twardych i
najwyraźniej znających już jedwab młodej skóry na wylot.
Brodawki pociemniały, urosły i za chwilę gotowe eksplodować, gdy
bawił się nimi chwaląc ich urodę. Potem jednym ruchem rozwiązał
pasek spódnicy, która nie pytając mnie o zdanie uciekła na
podłogę. Zachłysnęłam się powietrzem, jak topielec, a on już
wsuwał mi dłoń w bieliznę. To także robił z obłędną wprawą.
Policzki mi płonęły, a raczej płonęłam caluśka, od czubków
palców aż po kraniec włosów. Niemal zemdlałam pod wpływem
emocji. Klapsem na gołą pupę sprowadził moje zmysły na miejsce,
po czym wyjął mnie z majtek, ustawił przed sztalugą i zaczął
szkicowanie.
Długo trwało, a jego wzrok
kompletnie pozbawiony chuci zdejmował z mojego ciała proporcje i
przenosił je na płótno. Wstyd się przyznać, ale myślami
wróciłam do chwili, kiedy mnie rozbierał. Było przyjemnie. Nigdy
dotąd aż tak nie było, nawet, kiedy szłyśmy z mamą same nad
staw, czy na lody. I Mikołaj z pełnym workiem prezentów nie
dostarczał mi tyle radości. Piersi znów zaczęły uwierać, tężeć,
a pod brzuchem rozszalało się tornado. Nie widział. Chyba. Albo
widział, lecz udawał lepiej od manekina, że nie jest
zainteresowany. Świnia! Myśli plątały się we mnie i żadnej
logiki w nich nie dało się odnaleźć. Zaprzeczałam sama sobie,
jednak pragnęłam tych łapsk i nienawidziłam ich jednocześnie.
Wreszcie odłożył ołówek i podszedł do mnie. Pochylił się i
podniósł z podłogi mój strój.
- Ubierz się, nie ma sensu marznąć
na darmo. Przyjdź jutro, po obiedzie, dokończymy szkic. Tylko nie
zapomnij, bo jak się spóźnisz, światła będzie za mało. A chyba
nie chcesz, żebym coś przegapił?
Nie mogłam zasnąć z emocji. Pod
kołdrą moje dłonie odtwarzały ścieżki, którymi podążał
malarz, ale daleko im było do jego biegłości. Zwyczajnie nie
potrafiłam prowadzić ręki ścieżką do euforii, jaką mi
zafundował. Nie znałam własnego ciała i nie wiedziałam, jak na
nim zagrać. Wpatrzona w ciemność za oknem snułam fantasmagorie, a
każda stawała się coraz zuchwalsza. Świt mnie uwolnił od
niespełnień. Masa roboty w obejściu pozwoliła ostygnąć ciału.
Tuż po obiedzie byłam już gotowa. Ukradkiem zniknęłam z oczu
rodzinie i pognałam po schodach do mansardy. Malarz uśmiechnął
się na mój widok i jak wczoraj zamknął drzwi.
- W ostatniej chwili – mruknął,
stawiając mnie tak, by światło dzienne objęło mnie całą.
Stanął za mną i znów pozwolił dłoniom na eksplorację mojego
ciała. Piersi już na niego czekały. Zdradziły mnie i zignorowały.
Wtuliły się w te ręce i nie zamierzały wyjść. Dopiero, kiedy te
szorstkie łapska zaczęły zsuwać się po brzuchu zrozumiały, że
muszą się podzielić z resztą ciała. Nie wiem kiedy zanurzył się
w futerko intymności, ale ledwie to zrobił, a rozchyliłam uda.
Sama. Zapachniało piżmem. Kiedy wyjął rękę spomiędzy ud, była
lepka od moich soków.
- Przepraszam, ja nie chciałam –
szepnęłam wstydząc się za własne ciało, a on śmiał się ze
mnie. Popchnął mnie na fotel. Ledwie weń wpadłam rozchylił mi
nogi i zanurzył twarz. Boże! Wczoraj sądziłam że stracę rozum,
ale dzisiejsze wrażenia przeszły wszystko, co nocą zdołałam
wymyślić. Jego język… Krzyczałam, mocno trzymając go za włosy,
żeby nie przestawał. Potem rozum wziął sobie wolne i straciłam
kontakt z rzeczywistością. Niby widziałam, jak jego spodnie
zsuwają się na podłogę, niby bałam się, że mnie zgniecie,
kiedy kładł się na mnie, potem krótki, ostry ból, który
błyskawicznie zaleczył wrzącym mleczem. Krzyczałam bez końca,
choć on już siedział obok i przyglądał się mojej nagości.
Przestałam być dzieckiem. Obudził we mnie kobietę. Młodziutką,
piętnastoletnią, ale kobietę. Stygłam powoli i niechętnie. Zdaje
się, że usiłowałam nakłonić go, by jego ręce raz jeszcze
poszukały w moim ciele ekstazy, ale roześmiał się tylko i kazał
wstać. W okamgnieniu poprawił szkic i zaczął mieszać farby.
Płótno zamierzało nabrać
trzeciego wymiaru, ze mną w centrum obrazu. Przynajmniej tak mówił,
bo nigdy nie pozwolił mi zerknąć na powstające dzieło. Nim
pozwolił mi okryć się zawsze zasłaniał obraz lnianą szmatką.
Dni mijały w tym samym rytmie. Bezsenne noce, pracowite poranki,
popołudnia pełne emocji zakończone pozowaniem. Nie opuściłam ani
dnia, żeby nie stracił weny, a przynajmniej tak tłumaczyłam
głupiutkiemu ciału, które otworzyło się na pieszczoty i wiecznie
było mu mało. Malarz miał więcej rozsądku, może z racji wieku.
Prace posuwały się i musiał nadejść dzień, kiedy pozwolił mi
się ubrać mówiąc, że skończył. Tak bardzo chciałam zobaczyć
efekt jego wysiłków, że poszłam nago, nie sięgając po szmatki z
podłogi. Pełna plątaniny uczuć, zbliżałam się do sztalugi, gdy
jakiś niezwykły rumor usztywnił moje mięśnie.
Do mansardy, razem z drzwiami wpadł
ojciec. Wystarczyło, że zobaczył mnie rozebraną, by ryknął,
zacisnął pięści i ruszył na malarza z furią zaatakowanej lochy.
Stałam na drodze, więc odepchnął mnie i upadłam, głową
trafiając na glinianą donicę. Zanim krzyknęłam – życie ze
mnie wyciekło. Malarz obserwował zimno, niczym marmurowy posąg
greckiego boga i spokojem starał się zrównoważyć wściekłość
ojca. Dostał pięścią w twarz i upadł. Nie wstając z podłogi
wskazał mnie palcem, a absurdalność tego działania skłoniła
ojca, by zerknąć we wskazane miejsce. Ojciec ryknął ponownie i
cała energia z niego spłynęła, jakby ktoś ją wyssał jednym
haustem. Szedł na kolanach w moją stronę zapominając o malarzu.
Łzy lały mu się po policzkach niemal strumieniami. Pierwszy raz
widziałam jak ojciec płacze. Chciałam go pocieszyć, ale nie
słyszał mnie wcale.
Potem było jeszcze gorzej. Ojciec
raz obwiniał malarza, innym razem siebie. Zaczął pić i nie znał
w tym umiaru. Mama przyszła do malarza raz. Jeden, jedyny. Przyszła,
bez słowa okryła obraz lnem i zabrała, nie pytając czy może.
Czyżby wiedziała, że obraz nagiej dziewczyny nie kosztuje ni
grosza? Skąd? Malarz był w jej wieku, ale mama? Naprawdę? Warknęła
na odchodne, że malarz ma zmienić plener na możliwie odległy i
poszła. Niosąc mnie pod pachą. Mnie… Namalowaną, ale przecież…
Nie zdążyłam obejrzeć dzieła, a teraz moje zmysły zostały
uwięzione w ramach, gdy ciało po krótkiej ceremonii rodzina oddała
ziemi.
Mama ukryła obraz w skrzyni,
wcześniej zawierającej jej posag, gdy wychodziła za mąż. Teraz,
posagowe dobra wykorzystywała w gospodarstwie, w skrzyni trzymając
pamiątki rodzinne. Nikt prócz niej nie miał prawa tam zaglądać.
Schowała mnie w najbezpieczniejsze miejsce, jakie znała i zaglądała
tylko wtedy, kiedy nikt nie widział. Za to ja… W skrzyni był
jeszcze jeden obraz. I też ze śliczną, nagą dziewczyną, w której
z niedowierzaniem rozpoznałam mamę. Więc to tak! Znała „cennik”
malarza! Patrzyłam z obrazu na mamę sprzed lat i zastanawiałam
się, kto jest moim ojcem. Malarz, czy tatuś? Nie potrafiłam zadać
mamie tego pytania, a ona do śmierci omijała temat drugiego obrazu
w skrzyni. Gdy umarła (płakałam) świat o mnie zapomniał na wiele
lat. Sama nie wiem, jak bardzo. Obraz mamy nie ożył. Starzał się
martwo, bez przejawów maminej energii życiowej. Ja trwałam w
rozgoryczeniu, w ciemnościach zapewnionych przez szczelne wieko.
Czas płynął własnym rytmem i nijak nie chciał zrobić nic, by
nas uwolnić spod wieka.
Niewole, podobnie jak życie, muszą
mieć kres. Wieko drgnęło, gdy czas się wypełnił. Byłyśmy
wolne. A przynajmniej ja. Mama najwyraźniej umarła ziemskim życiem.
Może malarz nie tchnął w jej obraz ducha, może wtedy jeszcze się
uczył i niedoskonale ją odwzorował? A może po prostu mama go nie
kochała i on to czuł, więc efekt nie była równie fascynujący,
co w moim przypadku? Cały sztab konserwatorów, znawców, koneserów
i bóg wie kogo jeszcze debatował nad nami, rozłożonymi na stołach
wyściełanych aksamitem, jak ekskluzywne dziwki, czy japońskie
dziewki, z których ciał wyrafinowani goście zjadają kolację.
Pędzelkami, wacikami, całą masą sprzętu pielęgnowali nas, by w
końcu zakuć w dyby ram i powiesić w zimnych, klimatyzowanych
salach. Ponoć w zimnym obraz mniej koroduje, za to moje ciało było
wiecznie niedogrzane, aż mi sutki sterczały, co irytowało mnie
niesamowicie. Przyłazili różni i oglądali, a ja, nie dość, że
goła, to jeszcze ze sterczącymi brodawkami. Nie wierzyłam, że
malarz mógł mnie widzieć taką, a jeśli nawet widział, to że
miał kaprys podzielić się tą intymnością ze światem. Musiała
to być wina klimatyzacji. Raz jeden i to przez chwilę zobaczyłam
swoje odbicie w zwierciadle. Postarał się Namalował mnie
najpiękniejszą, jaką być mogłam. Na pewno piękniejszą od mojej
mamy, która patrzyła szklistym wzrokiem na ścianę wisząc tuż
obok.
Wisiałyśmy obie. Ona martwa, ja
zmarznięta. Przychodziły obce kobiety taksujące nas wzrokiem i
wiedziałam, które zazdroszczą, które zamierzają wziąć przykład
i odważyć się na to, na co ja się odważyłam. Podobno dziś nie
trzeba aż takich wyrzeczeń, że zamiast farb można „pstryknąć
fotkę”, co zabiera mniej czasu i szansa na ujście z życiem
rośnie. Ba! Podobno można tę fotkę pstryknąć samej sobie!
Znikome ryzyko, a efekt jest. No właśnie – podobno. Tymczasem
wisiałyśmy z mamą w kajdanach ram i nie sposób było nie
zauważyć, że młodziankom sztywnieje w kroku, gdy nas oglądają.
Nieliczni woleli mamę, generalnie jednak wybierali mnie. Może
podświadomość wykorzystywała instynkty, które potrafiły
rozpoznać tlące się życie, by na nim skupić prokreacyjne
westchnienia?
Z czasem stawałam się cyniczna,
może nawet arogancka i wulgarna. Ale każdego to czeka. Nie
wierzysz? Dobrze! Wolno ci! A teraz posłuchaj. Wiszę na tej ścianie
od lat, niewiele krócej, niż mieszkałam w zamkniętej skrzyni. I
co? Żyłam zaledwie piętnaści lat, gdy tatuś mnie zabił.
Niechcący, w nerwach, ale fakt nie daje się wymazać słowami. On
mnie zabił. A malarz? Uciekł, jak tchórz, gdy tylko mama zabrała
mnie wprost ze sztalugi. Żaden odwagi nie miał się przyznać, że
zabili mnie, bo byłam piękna. Obaj dali mi życie i obaj je
odebrali. A teraz, syn nocnej portierki, pewnie klika dni młodszy
niż ja-wtedy, przychodzi do mnie, bezwstydnie zsuwa spodenki i
patrząc na mnie onanizuje się. Tej nocy przeszedł samego siebie –
przyciągnął do ściany ławkę, wdrapał się na nią i całą
spryskał mnie wrzącym nasieniem…
- Mamo! - krzyczeć szeptem
umiałam, bo każda kobieta to potrafi – a jak stanę się
brzemienną – pomóż mi, mamo!